Sprzedaż nie jest problemem. Problemem jest to, że nikt nie chce kupić

Sprzedaż nie jest problemem. Problemem jest to, że nikt nie chce kupić.

Jest w rozmowie z klientem taki moment, który potrafię już przewidzieć co do sekundy. Pada zawsze po tym samym, banalnie prostym pytaniu — a po drugiej stronie stołu robi się cicho. Nie dlatego, że siedzą tam słabi ludzie, bo najczęściej są to bardzo mądrzy założyciele i zespoły, które zjadły zęby na swoim rynku. Cisza zapada dlatego, że tego jednego pytania nikt sobie wcześniej głośno nie zadał.

Zanim jednak zdradzę, co to za pytanie, muszę powiedzieć rzecz, po której część osób się ze mną nie zgodzi. Od kilku miesięcy prowadzę konsultacje dla bardzo różnych firm — startupów AI, spółek SaaS, marketplace’ów, fintechów, ale też zupełnie klasycznych firm usługowych, które z technologią mają niewiele wspólnego — i wszystkie przychodzą z tym samym zdaniem na ustach: „musimy zwiększyć sprzedaż”. A po kilku godzinach rozmowy niemal zawsze okazuje się, że sprzedaż wcale nie jest tu problemem. Problemem jest to, że produkt — choćby był świetnie zrobiony — nie daje ludziom wystarczającego powodu, żeby go kupić.

Brzmi brutalnie. Ale jest prawdziwe.

Wszyscy szukają nie tam, gdzie leży problem

Kiedy sprzedaż nie idzie, pierwszy odruch jest zawsze identyczny: trzeba znaleźć lepsze narzędzie. Więc firmy szukają lepszego handlowca, sprawniejszego marketingu, mocniejszego performance’u, nowego CRM-a, nowego landing page’a, nowego lejka, nowego AI — kolejnej rzeczy, która „w końcu to odblokuje”. Problem w tym, że wszystkie te rzeczy są wzmacniaczami. A wzmacniacz podłączony do słabego sygnału robi dokładnie jedno: głośniej i wyraźniej odtwarza to, że sygnał jest słaby. Im więcej budżetu wlejesz w komunikat, którego klient nie rozumie, tym szybciej i drożej dowiesz się, że go nie rozumie.

Dlatego zaczynam zawsze od tego samego pytania, tego, po którym zapada cisza: dlaczego ktoś miałby kupić właśnie od Was? Ono wygląda niewinnie, ale zmusza do spojrzenia na własny produkt oczami kogoś, kto go nie zna, nie kocha i nie ma żadnego powodu, żeby dać mu drugą szansę. A klient drugiej szansy nie daje. Klient daje piętnaście sekund — i w tych piętnastu sekundach albo rozumie, po co mu to, albo zamyka kartę i nigdy nie wraca.

Sprzedaż jest efektem, nie przyczyną

Jeśli masz zapamiętać z tego wpisu jedno zdanie, niech będzie to właśnie to. Sprzedaż jest wynikiem tego, jak dobrze rozwiązujesz problem klienta, jak szybko to robisz i o ile jesteś od konkurencji prostszy — a przede wszystkim tego, czy klient w tych swoich piętnastu sekundach potrafi pomyśleć „aha, tego właśnie potrzebuję”. Kiedy to wszystko jest na miejscu, sprzedaż przestaje być walką i staje się konsekwencją. Kiedy tego nie ma, możesz zatrudnić najlepszego handlowca w kraju, a on jedynie szybciej i dokładniej udowodni Ci, że produkt się nie broni.

Dlatego mówię klientom rzecz, której na początku nikt nie chce słyszeć: najpierw naprawmy powód, dla którego ludzie mają kupić, a sprzedaż podłączymy później. W odwrotnej kolejności to nie działa — a przynajmniej nie działa długo.

Skąd to wiem? Bo byłem po obu stronach stołu

Nie piszę tego jako człowiek, który przeczytał o tym w książce i teraz odsprzedaje mądrości z drugiej ręki. Piszę jako ktoś, kto sam budował produkty i sam zaliczył większość błędów, o których dziś opowiada klientom.

Zbudowałem Plente i przeszedłem całą brutalną edukację cashbacku, e-commerce i marketplace’ów dwustronnych — a te ostatnie są wyjątkowo bezlitosne, bo musisz jednocześnie przekonać dwie zupełnie różne grupy, że po drugiej stronie czeka na nie coś wartościowego, i żadna z nich nie chce przyjść pierwsza. Później budowałem Huntlie, marketplace podróżniczy łączący turystów z lokalnymi przewodnikami, prowadząc go od strategii akwizycji, przez UX aplikacji, po pozyskiwanie pierwszych hostów i pierwszych rezerwacji praktycznie bez budżetu. Znam więc z autopsji ten paraliżujący moment, w którym patrzysz na dopieszczony produkt i naprawdę nie rozumiesz, dlaczego ludzie po prostu nie kupują.

Dziś doradzam innym — startupom AI, firmom SaaS, fintechom, a także większym organizacjom, dla których prowadzę audyty produktowo-UX-owe, warsztaty i wdrożenia, w tym szkolenia z realnego wykorzystania AI w codziennej pracy. Pracowałem przy tym z firmami generującymi od kilku do kilkuset milionów złotych obrotu, i najciekawsze jest to, że ich problemy są praktycznie identyczne — różnią się w zasadzie tylko liczbą zer na koncie. Startup, który szuka pierwszej setki klientów, i rozpoznawalna marka na rynku mają dokładnie ten sam głęboki kłopot: nie potrafią w jednym zdaniu powiedzieć, dlaczego są lepszym wyborem. Różnica polega jedynie na tym, że jednej z nich udaje się ten kłopot ukryć za budżetem marketingowym — do czasu.

Dlatego prawie nigdy nie zaczynam od sprzedaży

Kiedy analizuję biznes, nie zaczynam od pytania, jak sprzedawać więcej — zaczynam od zrozumienia, dlaczego dziś sprzedaje się tak mało. A to oznacza serię niewygodnych pytań: gdzie klient odpada, dlaczego nie wraca, co go blokuje, co jest zbyt skomplikowane i — to najważniejsze, a jednocześnie zadawane najrzadziej — co można z tego wszystkiego usunąć, zamiast dodawać.

Bo bardzo często największy skok sprzedaży nie bierze się z dodania kolejnej funkcji, tylko z wycięcia pięciu niepotrzebnych kroków, które stały między klientem a decyzją. Pracowałem kiedyś z narzędziem AI, które tworzy ścieżkę dźwiękową do istniejącego materiału wideo — technologicznie rzecz naprawdę świetna, a mimo to część użytkowników nie rozumiała, co właściwie dostaje. Okazało się, że problem nie leżał w produkcie ani w braku funkcji, lecz w jednym słowie w komunikacji, które sugerowało coś zupełnie innego, niż produkt faktycznie robił. Nie trzeba było niczego dobudowywać — trzeba było zmienić sposób, w jaki opowiadamy o tym, co już było gotowe. I to jest scenariusz podręcznikowy: firmy chcą budować, a najczęściej powinny odejmować.

Ludzie nie kupują produktów

Lubię powtarzać, że ludzie w gruncie rzeczy nie kupują produktów — kupują spokój, oszczędność czasu, prestiż, bezpieczeństwo i wygodę, a czasem po prostu możliwość powiedzenia znajomym „to był dobry wybór”. Nikt nie kupuje wiertarki dla samej wiertarki; ludzie kupują dziurę w ścianie, a tak naprawdę półkę, na której staną zdjęcia dzieci. W tym momencie nie mówimy już o narzędziu, tylko o emocji — i to ona, a nie specyfikacja techniczna, jest prawdziwym przedmiotem transakcji.

Tędy przebiega linia, która dzieli rynek na dwie zupełnie różne ligi. Jeżeli Twój produkt komunikuje wyłącznie funkcje, skazujesz się na konkurowanie ceną, bo zawsze znajdzie się ktoś tańszy, a Ty będziesz zjeżdżał w dół razem z nim. Jeżeli natomiast komunikujesz realną zmianę w życiu klienta, zaczynasz konkurować wartością — a wartości nie da się tak po prostu podbić o dziesięć procent w dół w czyimś cenniku. To są dwie różne rozmowy i, w praktyce, dwa różne biznesy, choć różnica między nimi rzadko leży w samym produkcie. Leży w tym, czy ktoś w firmie usiadł i naprawdę zrozumiał, po co klient tak naprawdę przychodzi.

Framework, który możesz zastosować dzisiaj

Nie chcę, żebyś wyszedł z tego wpisu wyłącznie z ładnym cytatem — chcę, żebyś miał co zrobić w poniedziałek rano. Usiądź i odpowiedz sobie uczciwie na cztery pytania, tak jakby patrzył na to ktoś z zewnątrz, kto nie ma żadnego powodu, żeby Ci kibicować.

Po pierwsze: jaki realny problem rozwiązujesz — w jednym zdaniu? Jeśli potrzebujesz do tego całego akapitu, to znak, że sam jeszcze go do końca nie rozumiesz. Skracaj, aż zaboli.

Po drugie: dlaczego akurat Ty, a nie trzy inne firmy, które robią dokładnie to samo? Jeśli Twoja odpowiedź brzmi „bo jesteśmy lepsi jakościowo”, to znaczy, że odpowiedzi nie masz — bo dokładnie to samo mówi każdy Twój konkurent, słowo w słowo.

Po trzecie: w którym momencie klient odpada i co w tym momencie czuje? Nie chodzi o to, gdzie spada konwersja, tylko co człowiek po drugiej stronie ekranu naprawdę wtedy czuje — zagubienie, nieufność, znudzenie. Emocja jest przyczyną, a liczba na wykresie tylko jej cieniem.

Po czwarte: co możesz usunąć, żeby było prościej? Jeden krok w procesie, jedno pole w formularzu, jedno zdanie na stronie. Zawsze zaczynaj od odejmowania.

Jeśli odpowiesz na te cztery pytania szczerze, dowiesz się o swojej sprzedaży więcej niż z niejednego audytu za kilkanaście tysięcy złotych — i to jest dokładnie ten punkt, od którego zaczynam każdą współpracę.

Najlepsze firmy nie są najlepsze w sprzedawaniu

Dlatego kiedy ktoś pyta mnie, jak zwiększyć sprzedaż, odpowiadam przewrotnie: nie zaczynaj od sprzedaży, zacznij od zrozumienia klienta lepiej niż konkurencja. Bo w chwili, w której klient faktycznie czuje, że go rozumiesz, sprzedaż przestaje być przepychanką i staje się naturalną konsekwencją tego, co już się między wami wydarzyło. I właśnie dlatego najlepsze firmy, jakie znam, wcale nie są najlepsze w sprzedawaniu — są najlepsze w rozwiązywaniu problemów swoich klientów. Sprzedaż mają tylko efektem ubocznym.

I tu wracamy do tych piętnastu sekund, od których zaczęliśmy. Nie wygrywasz ich lepszym handlowcem ani większym budżetem. Wygrywasz je wtedy, gdy klient patrzy na to, co masz, i myśli: „w końcu ktoś to rozumie”. Reszta przychodzi trochę przy okazji.

Zajmuję się tym na co dzień — pomagam firmom znaleźć realny powód, dla którego ludzie mają u nich kupić, a potem układam wokół tego produkt, komunikację i sprzedaż. Robię audyty produktowo-UX-owe, prowadzę warsztaty i wdrażam AI tam, gdzie faktycznie zarabia, a nie tylko brzmi modnie. Jeśli czytając to pomyślałeś „u nas jest dokładnie tak samo”, to prawdopodobnie faktycznie jest — napisz do mnie, a zacznę od jednego pytania. Wiesz już od którego.

Podobne wpisy